Buenos Aires listopad/grudzień 200920 grudnia. "No way!" czyli jak sobie pogwiazdowałam :-)Ostatnio nie piszemy, co oznacza że tyle się dzieje,iż nie mamy czasu na pisanie. Ba, warunków tez nie bardzo gdyż od dwóch blisko tygodni dzielimy "chatę" z gośćmi z Bielska, którzy mieli wsiąśc w Toyotę i ruszyć w bezkres Argentyny a tu najpierw statek się opóźnił, potem wpłynął a nie dobił, potem strajk holowników... (dość że czekają i czekają nudząc się w mieście).
A my jakoś się nie nudzimy :-)
Jest tu masa świetnie tańczących Japończyków i zwiewnych Japonek. Przez dłuższy czas zdawało się nam że to ciągle ci sami, ale nie. Zaczęliśmy ich w końcu odróżniać. A jak przyjemnie z nimi tańczyć!
Zbieram sobie i kolekcjonuję chwile miłych rozmów, życzliwych komentarzy, całkiem przygodnie napotkanych osób. Któż nie chciałby usłyszeć "Que buena technika tienes!!" od wytrawnej tanguery?
Przedwczoraj nad miastem przeszła fantastyczna tropikalna burza. Wiatr przewracał drzewa, w szalonych szkwałach wznosił kurz i śmieci powyżej 10 piętra, deszcz strugami padał w bok, w górę, w dół, wieżowce kiwały się pod naporem mas powietrza a ja trzymałam okno by go wiatr do pokoju nie wepchnął. Kusiło by pobiec na dach (24 piętro), ale rozsądek szepnął, że z góry byłoby mniej widać - wyłącznie sine niebo i białawy tuman wiatru z wodą.
Kiedy ulewa zmieniła się w zwykły deszcz pobiegłam na zajęcia (Irek wyjechał jeszcze przed nawałnicą), a tu niespodzianka: schody do metra zagrodzone bramą a brama zamknięta na kłódkę. Metro utonęło. W dzienniku obejrzeliśmy relację z której wynikało ,że przez 20 min spadło 40 l/m2 co skutecznie zalało niektóre ze stacji.(tak, odkryliśmy w domu telewizor!) Współspacze wyjechali do Mar del Plata, zatem bez żalu zrobiłam w tył zwrot, małe zakupy i po chwili zajadałam się sałatką ze świeżutkich pomidorków i rukoli, truskaweczkami ze śmietaną i , przyznam się, na deser medialunki.
Spotykamy tu mnóstwo osób z całego świata. Do wyboru, do koloru.
Całkiem nieźle się czuję jako posiadaczka egzotycznej urody :-)
Wczoraj już po raz czwarty milonga Loca. Wszyscy już nas rozpoznają, całują, pozdrawiają. Jak było? Powiem tylko, że znajomy z Alaski, który jako pierwszy w Loce poprosił mnie, na poczatku naszego tu pobytu, do tańca , wczoraj po szóstej nieudanej próbie zatańczenia ze mną (znowu spóźnił się o sekundę) , patrząc jak oddalam się w ramionach innego - uderzył dłonią o udo i zawiedzionym głosem rzucił -..." No way!.."....
Rzeczywiście - tańczyłam bez przerwy. A to m.in. za sprawą tajemniczego Jose. Jose jest stąd, ma śniadą cerę, kruczoczarne włosy, urodę i spojrzenie filmowego amanta, a do tego wzrost Irka. Porwał mnie na parkiet i już nie chciał wypuścić. Kiedy jeszcze było trochę przestrzeni sprawdzał co można ze mną wyczyniać. Fruwałam nad ziemią, machałam nogami koło uszu (własnych i cudzych) to z przodu to z tyłu, przeplatały się salta, sentady, cuda sceniczne brunet ów prowadził i to wszystko w aurze szczerego zachwytu.
"...-Dziewczyno! Z takimi możliwościami - ty musisz tańczyć na scenie!! Jaka lekkość, jakie nogi, jaka sylwetka, co za wrażliwość na muzykę, na prowadzenie! "...Przyznać trzeba, że zachwyt uskrzydla. A do tego zachwyt w takim wydaniu. Oczy mu się skrzyły. ..."Zawsze tańczyłem z paniami dużo niższymi od siebie, ty jesteś idealna!"... Upewniając się czy aby na pewno mój partner nie jest zazdrosny ( - ..."Con permiso....") porywał mnie na parkiet kiedy tylko mógł. Co jakiś czas wychodził zmieniać koszule i odświeżony wracał, by znów na mnie "zapolować". Czy po przetańczeniu trzech tand z rzędu powinien się ze mną ożenić? :-)
Tak "wypromowana" mogłam przebierać w partnerach i jakoś im nie przeszkadzało że jestem muy alta. To sobie pogwiazdowałam :-)
6 grudnia. Przepraszam, czy wy mówicie po polsku? Milonga LocaPrzed milongą prowadzone są lekcje. Najpierw "para prinicipiantes i intermedios" - widzieliśmy końcówkę lekcji - ależ zakręcona kombinacyjka. Potem lekcja para avanzados - i przez 1,5 godz. doskonaliliśmy chodzenie.Atrakcje taneczne - Michel z Alaski ( co za akcent! ciężko się z castellano przestawić...), Dominik ze Szwajcarii, oraz Enrique Zaremba, porteńo :-). Po zakończeniu milongi, zapalają się światła, płacimy rachunki (ogram pracy przerósł kelnera) kiedy podchodzi do nas młody człowiek, który piękną, acz sprawiająca mu wyraźną trudność polszczyzną przedstawia się; oznajmia że trochę mówi po polsku, ale nie wszystko rozumie (odmieniał przez przypadki!!!). Pytamy co sprawiło, że uczy się władać naszym językiem i nie zrażają go wyrażenia typu "śliska dżdżownica"? Zgadnijcie jaka była jego odpowiedź? Ukochana z Polski. Kiedy my tak gadu gadu z Emiliano, podchodzi poznana na zajęciach przemiła dziewczyna z Niemiec, co to z Polakami w Irlandii pracowała i też zna parę słów po polsku. Emiliano jest zaskoczony, że polski to taki popularny język.Na to dochodzi z drugiej strony kolejna osoba - "ja tez rozumiem co mówicie" - tym razem koleżanka ze Szwecji " moja mama jest z Polski". I tak stoimy sobie w piątkę gaworząc po naszemu,kiedy dołącza grupa ze Szczecina.... W środku Buenos oaza polskiej mowy. Tym razem my musieliśmy wykazać się cierpliwością, mówić powoli, delikatnie naprowadzać naszych nowych znajomych na właściwe słowa. Nagle, tuż obok nas, ktoś potrącił stolik i kufel z potwornym hałasem roztrzaskał się na podłodze. Argentyńczyk z niewinnym uśmiechem wykrzyknął "O, k...a!" Zabawne, nieprawdaż? 5 grudnia. La Gran Milonga Nacional en la Avenida de MayoOd kilku dni znajomi (nietańczący tanga) wspominali, że szykuje się niezwykłe wydarzenie: wielka milonga na świeżym powietrzu przy Avenida de Mayo. Czyli w środeczku miasta.
Programu imprezy nigdzie nie dało się znaleźć, ale dzięki mailowi od Sexteto Milonguero ( do którego fanów dołączyliśmy po wtorkowym koncercie na milondze w Salonie Canning) wiedzieliśmy, że zagraja na scenie przy Carlos Pellegrini około godziny 23.
Pogoda już od rana była mizerna. Nie dość, że pada to jeszcze ziąb, dotkliwiej odczuwalny po niedawnym ciepełku i słoneczku. Pojechaliśmy metrem z godzinę wcześniej i już w korytarzu wiodącym z metra na powierzchnię usłyszeliśmy muzykę.
Tuż obok stacji ustawiona została scena a na niej ujrzeliśmy "rozpędzonych" już muzyków.
Grali pieknie, ale kto to był? Nazwa przypominała coś jakby Orquestra Tipica Portena.
Po nich wystąpiły trzy piękne dziewczyny z Cordoby czyli "Rositas Del Tango".
Z pary skrzypiec i jednego fortepianu uzyskać taaakie brzmienie?!! Niesamowite.
Pomiędzy występami zespołów było po około 10 minut przerwy, kiedy to słuchacze podnosili się z krzesełek i tańczyli - ot tak, na asfalcie (Na okolicznośc imprezy zamknieto dla ruchu część Av. De Mayo).
Na krzesełkach nie było specjalnie gorąco, kiedy na scenę wyszedł kolejny zespół. Tym razem nie roześmiane młode dziewczyny, lecz kilku poważnych, ba - smutnych panów. Twarz bandeonisty wydawała się skądś znajomą... Pierwszy utwór przegadaliśmy. Ale kiedy na scenie pojawił się wokalista... otworzył usta... wydobył z krtani głos........ Rany boskie!! Co za skala!!! Jakie emocje!!!! Oczu ( uszu?) od niego nie dało się oderwać .
Po prostu uczta. Byłam zachwycona.
Tymczasem minęła juz dawno godzina 23 a Sexteto Milonguero ni widu ni słychu. Kolejny zespół,jeszcze jeden (z harmonijką niczym Diaz),maniana manianą, ale zaczęliśmy się niepokoić. Zwłaszcza, że umówiliśmy się z Justyną i Tomkiem po prawej stronie sceny a tu już porządkowi krzesełka zaczynają zwijać. Kiedy ruszyliśmy na zwiady okazało się że sa tam trzy (!!!!) sceny na których równocześnie grają i tańczą rozmaite zespoły i pary. Przekonani, że koncert Sexteto nas ominął zatrzymaliśmy się przez chwilę przy scenie środkowej, potem przy trzeciej trafiliśmy na końcówkę koncertu Color Tango. Spotkaliśmy znajomych, ich znajomych i po pogawędce rozpoczęliśmy kursowanie pomiędzy scenami. Poczucie takie, jak w trakcie zwykłego pobytu tutaj - tyle jest zajęć, które chciałoby się zobaczyć, ale się, niestety nakładają i z czegoś trzeba rezygnować. Tak i tu , przy trzech scenach - jak jestem tu, to nie tam... Po kilku kursach odnaleźliśmy się z Sexteto.
I to w jakim towarzystwie! Do "Llorar por una mujer" na podest przed zespołem wtańczyła śmietanka gwiazd rozpoczynającego się jutro festiwalu( dopisek: aż trzy festiwale się rozpoczynają...); rozpoznaliśmy Roberto Herrerę, Eduardo Pareję, Alejandrę Mantignan, Aonikena Quirogę, a było ich więcej.
Znowu nie wiadomo na kogo spoglądać - to kusi, tamto nęci, a do tego przystojny wokalista błyska szelmowskim uśmiechem, skierowuje dłoń w naszą stronę, potrząsa czupryną, głos wznosi...-no diabeł wcielony (z głosem anielskim).
A ziąb straszny...
Kiedy gwiazdy zwolniły scenę - ruszyliśmy i my. Tu w Irka wstąpiło szaleństwo, podekscytowany atmosferą, muzyką, sceną mało zważał na mizerną jakość nawierzchni, wywijał tak, że mało nóg nie pogubiłam , a niełatwo je gubię! Odtańczyliśmy kilka utworów ( w tym milongi), zrobiło się ciepło a nawet gorąco (szaleństwo tańca plus reflektory). Eeech!!... Zatem moje nowe fioletowe butki juz dwa razy miały okazję tańczyć do Sexteto Milonguero na żywo :-) Z tego raz na scenie przy Av. de Mayo a poprzednio na milondze do utworu zamówionego przez mojego tanecznego partnera ( pana z Chile, który pod sceną w Salonie Canning zatrzymawszy się rzucił w strone zaspołu tytuł a oni mu zagrali :-)))
W taksówce wiozącej nas do domu wyjątkowo rozmawialiśmy nie z kierowcą tylko ze sobą. W pewnym momencie zauważyliśmy że mijamy właściwy budynek i na wyprzódki zaczęliśmy wołać "a la izquierda! aca!, aqui!, tutaj!!". Udało się :-)
Co za wieczór, co za noc!!!
-"Junto a tu corazon" w wykonaniu Sexteto Milonguero. Uważne oko dostrzeże przez chwilkę i nas :-)
Na kilku zdjęciach El Puchu, z którym parę dni później tańczyłam w Canningu.
Milonga z różową panterą w Bangkoku, 8 marca 2009W drodze powrotnej do Polski postanowiliśmy spędzić parę dni w Bangkoku. Byłoby grzechem nie odwiedzić tamtejszej milongi. Zatrzymaliśmy się, jak większość plecakowców, w starej dzielnicy Baglampu w okolicach słynnej Kao San Road. Hotel, w którym zapowiedziano milongę stoi na drugim końcu Bangkoku. Przez chwilę zastanawialiśmy się jak tam dotrzeć. Najprostsze rozwiązanie – taksówkę, odrzuciliśmy. Wybraliśmy inne, znacznie bardziej karkołomne ale zapewniające więcej atrakcji turystycznych: najpierw statek, następnie Skytrain oraz na koniec nowe metro. Kao San, tradycyjne miejsce zatrzymywania się backpackersów, obrosło już legendą. Świetnie położone, nieopodal najznakomitszych zabytków Bangkoku dysponuje niezliczoną liczbą niedrogich noclegów. Robi wrażenie skansenu hipisowskiego stylu życia. Ma niewiele wspólnego z rzeczywistym Bangkokiem ale stanowi atrakcję, którą przychodzą zobaczyć nawet Tajowie. Taką mieszankę ras, strojów, postaw, stylów zachowania mało gdzie można spotkać. Wracając do milongi – najpierw statek w dół rzeką Chao Phraya. Była to najmilsza część podróży. Po obu stronach rzeki, co rusz pojawiają się budowle przyciągające wzrok. Świątynie Wat Phra Kaew, Wat Po, pałac królewski, nowoczesne hotele, Chinatown, drewniane, rozsypujące się już pozostałości starego Bangkoku. Następnie Skytrain, czyli kolejka poruszająca się trasą wzniesioną na wysokich betonowych słupach. Też niezłe widoki. Tym razem na współczesny Bangkok – biurowce, domy handlowe, drapacze chmur. Niektóre nigdy nie ukończone stanowią malowniczą, współczesną ruinę. No i na koniec metro – widoki pominę bez szczegółowego opisu. Uff... No i jesteśmy w Dream Hotelu na drugim piętrze w Flava Restaurant. Sala jak to sala restauracyjna dużego, eleganckiego hotelu. Obszerna, wypielęgnowana, sterylna bez specjalnego uroku. Przybyliśmy 30 minut przed rozpoczęciem milongi. Rozpoznaliśmy, znaną nam ze zdjęcia w Internecie, kobietę o imieniu Suk, organizatorkę milongi i autorkę strony http://www.tangoinbangkok.com . Oprócz niej były tam jeszcze 4 osoby, jedna para i dwie panie zainteresowane tangiem. Rozpoczynała się właśnie przedmilongowa lekcja dla początkujących. Postanowiliśmy uzupełnić braki prowadzących oferując naszą pomoc. Zostaliśmy przyjęci bardzo życzliwie. Nasze zrelaksowane i wypoczęte ciała prezentowały się i poruszały zwinnie, niczym owa różowa pantera w tle :-) Stopy lekkie, obuwiem przez długi czas niemęczone a do tego wymasowane wprawnymi dłońmi tajskich masażystek. Tak, oddawaliśmy się z rozkoszą, i w Bangkoku i na wyspach, ceremonii tajskich masaży. Częściowych (stopy aż po uda), klasyczny, z olejkami... Nie obyło się bez zabawnych sytuacji. Leżymy na sąsiednich posłaniach, masujące nas Tajeczki uroczo plotkują, wciagając nas do rozmowy. Plecki, ramiona, ręce, dłonie, stopy, łydki, uda, nadeszła pora na przewrócenie się na druga stronę, chwila masażu i pora na rozciąganie. Panie zawiązują nas w supełki, jedna noga tu, druga tam, przy pomocy ciężaru własnych ciał dociskają szukając końca zakresu ruchu. I tu pewien kłopot - Tajeczka rozciągająca Kasię osłupiała. Dawno minęliśmy szpagat a noga da się przemieścić dalej ( a dłuuga jest!) Na ten widok masażystka wykrzyknęła "Oh my God!!". Druga uniosła wzrok znad Irka i również krzyknęła: "Oh, my Budda!!". Uśmialiśmy się wszyscy do łez. O 20 rozpoczęła się milonga. Pojawili się stali bywalcy. Towarzystwo tańczące tango w Bangkoku nie jest zbyt liczne. Wszyscy się dobrze znają. Nasza obecność została natychmiast zauważona, co chwilę podchodził ktoś aby zamienić parę słów. Padały rutynowe pytania „Where are you from?”. O ile my nie mieliśmy żadnych wątpliwości to nasi niektórzy rozmówcy zbierali długo myśli jak przed odpowiedzią na pytanie kalibru „Po co żyjemy?”, a następnie odpowiadali „Tak... Obywatelstwo to mam szwajcarskie, dom w Japonii ale od jakiegoś czasu mieszkam w Bangkoku...”. Pozory często myliły: Chinka okazała się Francuzką, Tajka - obywatelką USA. Było tam około 30 osób aktywnie biorących udział w milondze. Tajów było tylko kilkoro; byli tam natomiast Francuz i perę Francuzek, Anglik, Amerykanie, Szwajcar, Niemcy, Australijczycy i paru obywateli świata. Muzyka była raczej przypadkowa, mało grano utworów starych mistrzów. Suk ubolewała, że w Bangkoku tango rozwija się powoli, nie tak jak np. w Singapurze. Typowe rozmowy z parkietu przeradzały się we dłuższe pogawędki, z których wyłaniały się barwne i skomplikowane historie ..."-Skąd jesteście? Z Polski. Taaaak."... Cisza.
..."Kochałem kiedyś Polkę. Było to w 63 roku.".. –i tu popłynęła opowieść.
Bawiliśmy się świetnie. Na pewno tam wrócimy. I zostaniemy przywitani, jak starzy znajomi.
Tango na Krymie - kwiecień/maj 2006.Informacja o planowanym festiwalu tanga argentyńskiego na Krymie od razu przykuła naszą uwagę. Od dłuższego czasu mieliśmy ochotę zapuścić się turystycznie w tamte rejony. Kusiły mickiewiczowskie Sonety Krymskie, przebogata historia, morze, góry, ślady Azji Tuchajbejowicza.... Dodatkowy argument w postaci tanga przekonał nas. No i pojechaliśmy....A podróż nie była krótka. Planowaliśmy dotrzeć z Wrocławia do Koktobela na Krymie w 2 doby, a zajęło nam to 4. Chcieliśmy pojechać nocą do Przemyśla, stamtąd do Lwowa. W dzień zwiedzać, zanocować i następną dobę spędzić w pociągu do Symferopola. Niestety – bilety na trasie Lwów –Symferopol wykupione były na nie wiadomo jak długo naprzód, więc po 2 dniach i 1 nocy spędzonych we Lwowie pojechaliśmy nocą do Odessy. W dzień zwiedzaliśmy a kolejna noc to podróż do Symferopola. Stamtąd do Koktebela już tylko 3 godziny marszrutką (miejscowy bus). Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Piękno Lwowa oraz Odessy wynagrodziło nam niedogodności. Całe szczęście, wyruszyliśmy odpowiednio wcześniej.
Do Koktobela – małego nadmorskiego kurortu we wschodniej części Krymu- zjechało się z Ukrainy, Rosji, Austrii, Niemiec, Francji, Anglii, Turcji i oczywiście z Polski, ponad 200 osób pragnących tańczyć tango. Większość przyjechała z Ukrainy i Rosji, z Polski było nas pięcioro. Oprócz nas - Kasi i Irka - byli: Dorota i Tomek z Warszawy oraz Marcin z Krakowa (a tak naprawdę to aktualnie z Kijowa). W ciągu dnia odbywało się zwykle 4 lub 5 lekcji, a wieczorem, od godziny 20 do ostatniego tanguero (czasem nawet do szóstej rano), trwała milonga. Lekcje prowadzili m.in. Rodrigo Rufino i Gisela Passi z (Buenos Aires, Paryż), Aleksander i Natalia Berezhnovy (St. Petersburg), Jorge Pichler (Wiedeń), Olga Leonowa i Slava Ivanov (Moskwa), Aisha i Viktor (Buenos Aires). Ze względu na dużą liczbę słuchaczy (czasem nawet 50 osób), lekcje miały charakter bardziej prezentacji niż warsztatów. Zaletą ich była stosunkowo niska cena (ok. 13 zł). Dla nie znających aktualnie używanego na lekcji języka zawsze znalazł się ktoś, kto tłumaczył. Najwięcej nam dały zajęcia z Rodrigo Rufino i Giselą Passi. Fantastycznie tańczą, doskonale czują muzykę, lekcje mają przemyślane, a przy tym są naturalni, sympatyczni i dowcipni. Tu mnogość języków na lekcji zaspokoiłaby wymagania wyrafinowanego poligloty – i francuski, i hiszpański, i angielski, i rosyjski. Oraz zabawne komentarze we wszystkich językach narodowych uczestników. Ciekawe były również zajęcia z Aleksandrem i Natalią Berezhnov, zawodowymi tancerzami baletowymi z St. Petersburga, specjalizującymi się w pokazach i występach na scenie. Dzielili się swoimi doświadczeniami, opowiadali i demonstrowali jak sprawić, aby nasz taniec był bardziej atrakcyjny dla obserwatora, jak przyciągnąć uwagę i zaskarbić sympatię widza. Mimo mikrego wzrostu, dzięki niesamowitej dynamice i zamaszystym krokom, potrafili wypełnić sobą i tańcem dowolnie dużą przestrzeń. Walce z Aleksandrem na milondze to jedne z przyjemniejszych Kasi tanecznych wspomnień.
Ponieważ pragnęliśmy jak najwięcej zobaczyć z atrakcji Krymu, uczestniczyliśmy w niewielu lekcjach. Zobaczyliśmy za to sporo: urocze okolice Koktobela – okoliczne wzgórza, urwiska nadmorskie, pozostałości po dawnych genueńskich twierdzach w Teodozji i Sudaku, galerię Ajwazowskiego w Teodozji, pałac chanów krymskich w Bakczysaraju, skalne miasto – twierdzę Czufut Kale (w „Panu Wołodyjowskim” Jerzego Hoffmana jest sekwencja, gdy młody Nowowiejski oczekuje na Lipków dowodzonych przez Azję – kręcona w Czufut-Kale) i wiele, wiele innych. Pogoda była... różna. Gdy opuszczaliśmy Wrocław przypiekało słońce i było ok. 27 stopni. We Lwowie 22-25. Odessa – 14-16. A Krym? No cóż. 8-12 stopni. Kiedy świeciło słońce, w zacisznym kąciku można się było wygrzewać. Ale gdzie znaleźć zaciszny kącik, kiedy wieje 7 do 9 B? Po kilku dniach słonecznych i bardzo wietrznych jęło się chmurzyć, wiatr osłabł, ale zaczęło padać. Z przerwami wprawdzie, ale jednak. Góry skryły się za zasłoną sinych mgieł, ulice przemieniły w potoki a chodniki pokryły błotem. Zaś lekcje znowu miały większą ilość uczestników. Co do pływania z delfinami. Hm... raczej nie w maju. Delfiny naprawdę tam są. Widzieliśmy ze statku parę sztuk – podpłynęły do burty i skakały radośnie. Mimo zachęt kapitana nikt z uczestników rejsu nie zdecydował się na zanurzenie w granatowej toni (temperatura wody 12 st., powietrza 10).Może nie rozumieli po rosyjsku? Na plaży zdarzało nam się widzieć takich, którzy wchodzili do morza. Był to jednak ten typ ludzi, którym jest wszystko jedno, czy wokół pływają delfiny, czy pingwiny, foki i kra.
Milongi to, obok zwiedzania, najatrakcyjniejsza część wyjazdu. Miejsce, w których się odbywały, nawiązywało do niektórych tego typu obiektów z Buenos Aires: budowla w stylu socjalistycznym z takowym wystrojem i betonowo-kamienną posadzką. Muzyka z przenośnego odtwarzacza CD, chwilami muzyka na żywo (nie mogliśmy się doczekać kiedy znowu będzie z odtwarzacza ;)). Nie było tam w zwyczaju puszczanie cortin. Ale nie to ważne, najważniejsi są ludzie. A zeszło się ich sporo. Najrozmaitszych. Niczym kwiatów na wielobarwnej narodowościowo łące :-) Na parkiecie chwilami był taki tłok, że z trudnością przychodziło posuwanie się do przodu. Niestety nie wszyscy (a raczej mało kto) dostosowywali styl tańca do warunków. Początkowo odnosiliśmy wrażenie, że niektórzy tańczą po to, aby „szybciej, wyżej, dalej”... Tendencja ta zanikała stopniowo. U niektórych zaś skłonność do zamaszystych ganch, wyrzutów i podskoków (na gęsto zaludnionym parkiecie) okazała się nieuleczalna. Pierwsze trzy milongi charakteryzowały się naprawdę sporą przewagą pań, na kolejne przychodziło ich już mniej. Z pewnością jednak każdy mógł znaleźć interesujących partnerów bądź partnerki. Ślicznych, miłych i wysokich (to dla Irka) pań było mnóstwo. Trudno było, ze względu na brak czasu, choć raz z każdą zatańczyć. Szkoda (Kasi), że zabójczo przystojny Rodrigo przyjechał dopiero pod koniec festiwalu. Chłopcy z Lwowa, Kijowa i Moskwy zaprezentowali się obiecująco.
Impreza z założenia była przedsięwzięciem non profit, coś w rodzaju pospolitego ruszenia miłośników tanga. Miało to swoje dobre strony- niskie ceny, spontanicznie organizowane salsoteki, otwartość na rozmaite propozycje; ale i uciążliwe – niezapowiedziane przesunięcia czasowe, zamykanie baru o godz. 23. Ogólnie było jednak nieźle dzięki zaangażowaniu sporego grona przemiłych organizatorów.
Mieszkańcy Koktebela zdali się być zaskoczeni najazdem turystów. W pośpiechu szykowali i otwierali knajpki – w pierwszych dniach czynne były chyba cztery, później ze 20. Pojawiały się coraz to nowe stragany z pamiątkami, słodyczami i wędzonymi czy suszonymi rybami.
Dzięki Bogu i władzy radzieckiej uczyliśmy się w szkole języka rosyjskiego. Starczyło dawną wiedzę odkurzyć by bez problemu poruszać się po nieoznakowanej okolicy, zamawiać jedzenie, robić zakupy, odnajdywać rozkłady jazdy czy dogadywać się z ludźmi. Ba, można było na szczycie góry, przy butelce białego Portwajna, omawiać z przypadkowo spotkanym mieszkańcem Moskwy hity kinematografii polskiej i rosyjskiej (Czetyrie tankisty i sobaka, kpt. Kloss, Styrlitz, ) śpiewać wspólnie piosenki Rosenbauma, tłumaczyć o czym są sonety Mickiewicza czy wznosić i rozumieć toasty. Szczególnie smakował nam toast wzniesiony przez naszego towarzysza biesiady : ...” za Polskę od morza do morza!”...Ot, człek obyty.... Za to ci, którym mowa Puszkina słodką a niezrozumiałą melodią brzmi w uchu – zagubieni, jak dzieci we mgle. Ni kwatery znaleźć, ni kartę w restauracji przeczytać. Niemcy czy Francuzi bez znającej języki opiekunki byli po prostu bezradni.
Atrakcje Krymu, pyszne miejscowe wina, przecudne widoki, mili ludzie...wszystko to jednak owiane jest bardziej bądź mniej dyskretnym „urokiem” postsocjalistycznej rzeczywistości. Ktoś, kto ma uraz z naszej przeszłości, powinien odczekać jeszcze co najmniej 15 lat zanim tam się wybierze. Komu zaś łezka się kręci w oku na wspomnienie owych czasów – powinien się spieszyć.
Połączenie atrakcyjności turystycznej regionu oraz tanga warte jest, by choć raz tam pojechać. A potem ucieszyć się powrotem do domu.
Kasia i Irek
Galeria zdjęć z podróży: http://picasaweb.google.pl/Irek.Michalewicz/WyprawaNaKrymMaj2006FestiwalTangaWKoktebelu Zdjęcia z festiwalu są na stronie http://www.milonga.kiev.ua/phpBB2/album_cat.php?cat_id=40
Wybierających się tam zapraszamy do odwiedzenia strony festiwalu http://tangocamp.org.ua |




