Ireneusz Michalewicz

Wrocław 25 grudnia 2012


Mam takie marzenie



Mam takie marzenie...


Spotykamy się na milondze, stęsknieni za sobą porywamy się nawzajem do tańca, dajemy z siebie to co mamy najlepszego. Starannie dobrana, urozmaicona muzyka nie pozwala na dłuższy odpoczynek. Pary skupione na sobie, pełne radości z przeżywanego właśnie tanga, poruszają się w zgodzie z muzyką po parkiecie, świetnie się bawią, życzliwie i z szacunkiem odnoszą się do innych uczestników imprezy. Bawią się razem, niezależnie od  szkół, z których pochodzą, stylów, chwilowych fascynacji, sympatii i antypatii.


Tak niewiele mi trzeba.

Do dobrej zabawy potrzebne jest przede wszystkim dobre towarzystwo. Miło, jeśli ludzie tańczą dobrze technicznie, ale nie to jest najważniejsze. Oczywiście mówię tu o osobach mających już jako taką swobodę ruchu. Na przyjemność w tańcu, przynajmniej dla mnie, mają wpływ wzajemna sympatia, dopasowanie, zaangażowanie i sprzyjająca muzyka. Z tymi samymi osobami czasem tańczy mi się wspaniale a czasem przeciętnie, ot nastrój, chwila, lepszy czy gorszy dzień. Ale zdarzają się osoby, nazywane przeze mnie „łowcami statusu”, które czerpią satysfakcję tylko z tańca z „gwiazdami”. Te będą rzadko zadowolone z zabaw na lokalnych milongach, gdyż nawet najlepiej tańczących krajanów, których spotyka się od paru lat trudno traktować jak „gwiazdy”. Gwiazdy, jak wszyscy wiedzą, są od nas oddalone o lata świetlne.

Czyli, najważniejsze jest towarzystwo tangowe! Jest to jednak roślinka  bardzo delikatna i krucha. Trzeba o nią dbać, podlewać, pielęgnować, chronić przed przeciągami, chwastami i mszycami. Największe nasze dobro to właśnie to, z trudem wyhodowane, środowisko. To te wszystkie osoby, którym taniec sprawia radość, bywalcy milong, lokalni nauczyciele, lokalni aktywiści - organizatorzy wydarzeń we Wrocławiu i okolicach, lokalni DJe, osoby, które z sympatią myślą o tangu. Bywałem tu i tam, ale większość przetańczonych przeze mnie godzin upłynęła na naszych wrocławskich milongach. Żadne z okazjonalnych tangowych wydarzeń, bez względu na jego  wielkość i ilość zainwestowanych pieniędzy, nie może się równać z naszą lokalną, cotygodniową milongą.


To jeszcze nie koniec mojego marzenia. Jest w nim również muzyka. Dla mnie najważniejszą cechą muzyki granej na milongach jest jej przydatność do tańczenia i energia jaką przekazuje tancerzom. Nie chciałbym tu dyskutować o gustach. Jesteśmy jeszcze młodą społecznością tangową - nie czas na wymyślanie nowej szkoły DJskiej. Posłuchajmy (lub dowiedzmy się) jaka jest muzyka na najlepszych milongach w Buenos Aires, czy Berlinie, poczytajmy w internecie o czym dyskutują doświadczeni DJe . Dopiero potem stwórzmy naszą pierwszą playlistę i zagrajmy na milondze. Dojrzewanie DJa, podobnie jak tancerza, wymaga czasu. Widzieliście kiedyś świetnie tańczącą osobę po paru miesiącach zainteresowania tangiem? Nie? No to podobnie jest z DJem.  Przygotowanie muzyki na milongę to nie jest losowe wybieranie utworów, to czynność wymagająca wiedzy, wyczucia, zasobów i doświadczenia. Kto chciałby się dowiedzieć więcej - zawsze może zwrócić się o radę do Kasi. Dbajmy o tych, którzy zdobyli już to doświadczenie, wspierajmy nowych w ich staraniach. Są oni niezwykle cennym dobrem. Dla mnie, zaraz po towarzystwie, muzyka jest najważniejszym elementem decydującym o udanej milondze. Na szczęście sam jestem DJem i od czasu do czasu mam wpływ na muzykę, do której się bawimy. Mogę więc wtedy, przynajmniej w części, zaspokoić swoje potrzeby.


Trzeci element mojego snu to wzajemny szacunek uczestników milongi. Przestrzeganie dobrych zasad i praktyk etykiety milongowej. Jedna rozbijająca się para może skutecznie pozbawić przyjemności z tańca połowę uczestników. Ale o tym już kiedyś pisałem. Pod tym względem, moim zdaniem, we Wrocławiu nie jest źle. Nie jest też doskonale.


Co prawda to, czy inni tańczą w zgodzie z muzyką (lub w jakimkolwiek związku z nią) nie ma decydującego wpływu na to jak dobrze ja się bawię ale jest to dla mnie ważne. Jest elementem mojego snu o naszym środowisku. Marzy mi się, aby Wrocław słynął z ludzi tańczących do muzyki. Co prawda nie jest tu gorzej niż w innych rejonach świata ale moje marzenie idzie dalej. Jako nauczyciel mam pewne wyrzuty sumienia, że kilka lat temu nie dość szybko, na wczesnych etapach rozwoju moich uczniów, przykładałem wystarczającą wagę do interpretacji muzyki. Czekałem, aż, w moim mniemaniu, będą na to gotowi. Zwykle jednak, gdy uzyskują już jako taką swobodę ruchową i panowanie nad swoim ciałem i ,według mojej oceny, są gotowi do poważniejszego wtajemniczenia muzycznego, wogóle przestają się uczyć, bądź szukają innych nauczycieli - „prawdziwych gwiazd”, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przemienią ich w wyrafinowanych tancerzy w czasie jednodniowych warsztatów.


Co zrobić, aby przybliżyć rzeczywistość do tej wymarzonej? Wzmacniać poczucie wartości i jedności naszego środowiska.

Jakbyśmy się nie zarzekali, że chcemy się tylko świetnie wspólnie bawić, zawsze pojawią się elementy współzawodnictwa: kto tańczy lepiej a kto gorzej, kto tańczy modnie a kto jest passé itp. Jest to zjawiskiem nieuniknionym, może nawet w pewnym stopniu pozytywnym, gdyż stanowi dodatkową motywacją do osobistego rozwoju tangowego z pożytkiem dla siebie (szacunek grupy) i dla tych, z którymi tańczymy (większa przyjemność z tańca). Problem pojawia się wtedy, gdy współzawodnictwo prowadzi do rozpadu grupy na zwalczające się nawzajem jednostki. Nie podsycajmy wyścigów, zdejmijmy nogę z gazu.

Wspólnie bawmy się na milongach. Jeśli stale bawimy się na różnych milongach to tworzymy parę niezależnych grup. Wiele małych milong nie sprzyja integracji.

Sądzę, że ogromną rolę w  zintegrowaniu naszego towarzystwa odegrały  wspólne wyjazdy tangowe. Takiej ich ilości i jakości zazdrości nam wiele środowisk w Polsce. Tam mamy czas na swobodną pogawędkę (czasem do białego rana), wspólny spacer, nie wspominając już o codziennych warsztatach, praktykach i milongach. Chętnie pojechałbym na taki wyjazd zorganizowany również przez kogoś innego niż nasze (Tangoki) imprezy.

Często słyszałem od miłośników tanga z innych miast opinie, że we Wrocławiu to umiemy się bawić, jest tu taka serdeczna przyjazna atmosfera. Jest to zasługa nas wszystkich. W pogłębianiu tej opinii mogłoby być pomocne wypracowanie pewnych cech, wyróżniających nas od innych. Na przykład, tańczenie od czasu do czasu na milongach polskich tańców ludowych (Joasiu, prowadź nas, jak dotychczas, w tym kierunku!) obok folkloru argentyńskiego, wspólne śpiewanie, przestrzeganie etykiety milongowej, tańczenie w zgodzie z muzyką.


Lubię nasze wrocławskie towarzystwo tangowe. Świetnie się z wami bawię. Mogę sobie wyobrazić, że nie zatańczę już w Buenos Aires ani w Berlinie ale nie mogę sobie wyobrazić swojego życia tangowego bez tańczenia we Wrocławiu.